MILION CUDOWNYCH LISTÓW

08:44

Na pewno każdy z was miewał chwile załamania. Momenty, w których uważaliście, że już nic nie ma sensu, albo najzwyczajniej w świecie nie zasłużyliście na tak okropny los. Nie ważne, czy zerwaliście właśnie z kimś, kogo kochaliście ponad życie, zachorowaliście na ciężką, okrutną chorobę, przez którą wasze życie zmieniło się nie do poznania, czy po prostu macie zły dzień, gorszy humor - ta książka, o której zaraz przeczytacie, podniesie was na duchu.


Zastanawialiście się kiedyś, jak jedna, mało istotna rzecz, jak na przykład ugryzienie kleszcza potrafi sprawić, że wasz świat runie wam na głowę? Ja do tej pory też nie.
Jodi wylądowała w szpitalu z zapaleniem mózgu, akurat wtedy, kiedy jej życie było poukładane i szczęśliwe. Przykuta do łóżka powoli traciła nadzieję na wyzdrowienie i chęci do czegokolwiek. Przestała rozwijać pasję, między innymi dlatego, że jej prawa strona ciała była sparaliżowana. Musiała od nowa nauczyć się chodzić i pisać. Jednak najtrudniejszym było zrezygnowanie z większości rzeczy, które do tej pory kochała wykonywać. W końcu doszła do wniosku, że albo się podda, albo wykorzysta ten czas, by zrobić coś dobrego. W tym celu założyła stronę One Milion Lovely Letters. W mailach ludzie z całego świata opisywali jej swoje problemy, a ona odpisywała pokrzepiający, przepełniony miłością i nadzieją list. Pomogła nie tylko bliźnim, ale także samej sobie. Dzięki tak pracochłonnemu zajęciu nie miała czasu na rozmyślanie o tym, jak wygląda życie po jej chorobie, ani też przez jakie piekło musiała przejść.

Miałam wielką ochotę pochłonąć książkę na raz. Kupując ją, nie wiedziałam, że wszystkie wydarzenia zawarte w niej działy się naprawdę. Uważałam, że to wymyślona historia naprawdę kreatywnej i pozytywnej pisarki.
Muszę przyznać, że momentami uroniłam łzę przy lekturze. Jodi jest dla mnie wzorem do naśladowania a także w pewnym sensie wybawcą. Naszpikowała mnie wolą walki i optymizmem, którego brakuje mi w dosyć ciężkim okresie, jaki aktualnie przechodzę (jest on też powodem mojego zaniedbania bloga). Możliwe, że kiedyś wezmę się na odwagę, aby napisać o chorobie, ale aktualnie nie jestem na to gotowa.

Akcja "Milion Cudownych Listów" to coś, co porusza nie jedną osobę na świecie. Moim zdaniem, niebywałym jest, że istnieje ktoś tak wspaniały, jak Jodi Ann Bickley. Bezinteresownie wspomaga ludzi, odpisując im na maile, zachęca do pomagania innym i odważyła się opowiedzieć swoją własną, niezbyt kolorową historię.


Książka, którą opisałam na pewno zapadnie mi głęboko w pamięci i nie raz do niej powrócę. Wszystkich was zachęcam, do sięgnięcia po lekturę - warto, naprawdę warto.

Wasza A

ZIMOWY PLENER I KILKA INFORMACJI

05:47

Witam was w pierwszym poście, który zamieszczam na tym blogu w roku 2017! Jestem niezmiernie szczęśliwa, że on wciąż istnieje, a co lepsze - żyje. Zakładając go, nie sądziłam, że jeżeli kiedykolwiek go porzucę, w końcu do niego wrócę. A jednak - jestem. Ale to dzięki wam, bo gdyby nie wy, wasze komentarze i wyświetlenia - nie miałabym dla kogo pisać. Dziękuję i mam nadzieję, że za rok będę mogła znowu napisać notkę w tym stylu. 

Pierwszą informację podam na początku, drugą na samym końcu. Otóż - jak dało się zauważyć, dosyć długo byłam nieobecna na blogu. Przepraszam za to. Tak naprawdę, aktualnie nawet nie mam jak się usprawiedliwić. Mam pewien problem, o którym może kiedyś odważę się napisać, aczkolwiek aktualnie nie jestem na to gotowa, tym bardziej, że siedzę w nim po uszy i złudnie czekam na ratunek, samej nie potrafiąc sobie pomóc. Ten problem zabiera mi ochotę na wiele rzeczy, w tym także pisanie czy czytanie innych blogów. Mimo wszystko postanowiłam, że nie będę się poddawać i zrobię na przekór temu cholernemu czemuś. 

Dzisiaj, po przebudzeniu wyjrzałam za okno i oczy mi się zaświeciły - przynajmniej tak stwierdziły Faith i Melanie. Cóż poradzę, że mimo tego, że jestem ciepłolubna, śnieg jest jednym z najpiękniejszych widoków, które dane mi było zobaczyć kiedykolwiek? Tak więc, po śniadaniu i wstępnym ogarnięciu się, zapowiedziałam dziewczynom, że wybieramy się na zdjęcia. Początkowo obie były zadowolone i od razu chciały pędzić na dwór, nawet nie zastanawiając się nad tym, ile tak naprawdę stopni pokazuje termometr. Faith uparła się, że pójdzie w swojej ukochanej, różowej sukience, bo przecież musi dobrze wyglądać na zdjęciach. Szybko jednak zrezygnowała, gdy owiał ją chłód i wróciła w podskokach, pytając, czy mam dla niej coś cieplejszego. 
Niestety, ale z racji, iż obitsu nadaj jest w drodze, nie znalazłam niczego, co rozmiarowo nie wyglądałoby na niej jak worek. Mimo wszystko zdaniem moim i Melanie, młoda wyglądała naprawdę uroczo w o wiele za dużej kurtce moro. 
Mel zaś postanowiła porozmawiać z koleżankami z pokoju obok i załatwiła sobie strój Crystal Winter (Ever After High). W końcu przekopałam jeszcze stare ubranka po mojej poprzedniej dal i znalazłam dwie, może nie do końca pasujące do ich strojów czapeczki. 
Przyznaję, że całą trójką nieźle zmarzłyśmy i po powrocie rzuciłyśmy się na ciepłą herbatę. 
Zdjęcia wyszły jak wyszły, ponieważ używałam aparatu mojego taty, z którym nie do końca potrafię się dogadać. Mimo to - jestem zadowolona, a Faith była w niebo wzięta swoją pierwszą wycieczką na zewnątrz. 





Drugą informacją, o której chciałam napisać, jest fakt, że za kilka dni dołączy do naszej małej rodzinki jeszcze jedna, Monsterkowa panienka. Nie zdradzę nic więcej, poza tym, że jest to OOAK. 
Wyczekujcie jej w następnych postach :-) 

Tymczasem żegnam się z wami i życzę wam udanego, długiego weekendu. Wychodząc z domu pamiętajcie o czapkach i szalikach, bo temperatura jest naprawdę niska. Do napisania.

Wasza A.

POMYSŁ NA ŚWIĄTECZNY PREZENT

03:19

Zapewne każdy z was ma pragnienia dotyczące świątecznych prezentów. Jedni zapragną pałacu, drudzy zwykłej czekolady, a inni po prostu czasu spędzonego z bliskimi.
I dla mnie także najważniejszą rzeczą, bez której święta nie miałyby prawa bytu jest rodzina. Coroczne spotkania przy wigilijnym stole, dzielenie się opłatkiem i późniejsze rozmowy na różnorodne tematy - to to sprawia, że święta stają się świętami.
Jako osoba wychowana w chrześcijańskiej rodzinie od zawsze wpajane mam tradycje związane z tą wiarą, mimo tego, że może nie do końca ona we mnie tkwi. Mimo wszystko święta traktuję jak coś, co było, jest i będzie. Coś, czego zmienić się nie da. I kocham ten czas całym sercem, mimo, że nie czuję już tej magicznej aury, jak za dziecka, kiedy tliła się we mnie wiara, że gdy nie patrzę, gwiazda podsyła pod choinkę rozmaite prezenty.

Nie mam pojęcia, jak to wszystko wygląda u innych, bo mimo, że to jedno i to samo święto, to jednak w każdej rodzinie obchodzone jest nieco inaczej.

W moim domu istnieje tradycja darowania prezentów wszystkim - niezależnie od wieku. Młodsze rodzeństwo, rodzice czy dziadkowie - wszyscy dostają te swoje "coś".
Poza rodziną obdarowuję się prezentami również z przyjaciółmi. Za dziecka nie rozumiałam dorosłych, gdy twierdzili, że dawanie jest lepsze, niż otrzymywanie. Teraz wiem, na czym to polega i w stu procentach się z tym zgadzam. 

Postanowiłam ten wpis przeznaczyć na pomysły dotyczące prezentów świątecznych, które można wykonać samemu, bądź też dostać za niewielkie pieniądze. 


  • Kartka świąteczna
    Kartki świąteczne to podstawa. Zazwyczaj rodzice, lub my sami w okresie świątecznym rozsyłamy je do znajomych, przyjaciół i rodziny, która nie ma możliwości spotkać się z nami przy wigilijnym stole. Wyznaję zasadę, że robione kartki są o wiele piękniejsze, niż te kupowane. 
  • Płyta ze świątecznymi piosenkami 
    W tym roku wykorzystałam właśnie ten pomysł. Nie posiadam wysokich umiejętności plastycznych, dlatego stwierdziłam, że pójdę w coś bardziej nowoczesnego. Szczerze mówiąc, to nagrać płytę można zawsze, na każdą okazję. To, jaki klimat będzie ona miała, zależy od tego, jaką zdobędzie zawartość. 
  • Kubek\Świeczka
    To moje ulubione pomysły na kupowany prezent. Może to dlatego, że jestem fanką herbaty, a bez ładnego, tematycznego kubka się nie obejdzie? Nie mam pojęcia, co sprawia, że kocham dawać ludziom właśnie takie drobnostki. A świeczki...no cóż, kto nie lubi świeczek? 
  • Pierniki
    Kto powiedział, że trzeba coś kupować? Zawsze można upiec! Świąteczne pierniczki zawsze są dobre, ale w okresie świątecznym smakują niesamowicie! Zawsze, w miarę możliwości, do prezentów dla przyjaciół dorzucam te smakołyki. 
  • Skarpetki
    Dosyć powszechnie znany prezent, ale jak się okazuje - wciąż bardzo cieszy. A szczególnie, gdy znajdują się na nim wzory w mikołajki, reniferki, choinki czy płatki śniegu. 
  • Książka
    No tak, książka. Tylko jaka? Osobiście jestem fanką dawania tematycznych lektur. W urodziny zazwyczaj pytam, jaką książkę chciałby dostać, ale w święta Bożego Narodzenia wolę kupić coś ściśle związanego ze świętami (oczywiście także dobieram książkę w taki sposób, aby wpasowała się w gust obdarowywanego). Ostatnimi czasy polecany jest zbiór opowiadań "Podaruj mi miłość" na który mam dużą chęć, ale przez święta w moim portfelu panują pustki. 
Jednym słowem - w święta wcale nie trzeba zostać bankrutem, aby ktoś ucieszył się z prezentu! Życzę wam miłych, ciepłych i rodzinnych świąt, kochani. 




Wasza A.

WORLD PRESS PHOTO + MIKOŁAJKOWY BONUSIK

07:56


Dzisiaj, w sumie dosyć spontanicznie, udałam się na World Press Photo, wystawiane w mieście niedaleko mojej wsi. Wchodząc, nie do końca wiedziałam czego się spodziewać, ponieważ uczestniczyłam w takowej wystawie po raz pierwszy. Mój wzrok od razu przyciągnęły zdjęcia dotyczące Korei Północnej, która moim zdaniem jest naprawdę interesującym i zasługującym na ogromne współczucie krajem. Można powiedzieć, że dzięki kilku zdjęciom przedstawiającym życie codzienne jej mieszkańców, jeszcze bardziej zrozumiałam, jak złe panują tam warunki. 

Muszę przyznać, że w pewnym momencie popłynęły mi łzy, których niestety nie umiałam pohamować, czytając historie ludzi uwiecznionych na zdjęciach. Były szczęśliwe, interesujące oraz, niestety, bardzo tragiczne. Jedna z fotografii, zaliczająca się do ostatniej grupy wpłynęła na mnie bardzo mocno. Przedstawiała dziennik trzymany przed dłoń dorosłej kobiety. Jego kartki zapełnione były różnymi, okropnie smutnymi napisami i rysunkami. Jak się okazało po doczytaniu przypisu - pewna matka czytała dziennik swojej córki w rocznicę jej samobójstwa. 



(zdjęcie o którym mowa powyżej)

Ostatecznie dobiły mnie fotografie przedstawiające ofiary nalotów. Mało tego. Były to dzieci, w wieku 5-8 lat (na oko). Ich zakrwawione i zapłakane buzie wyrażały ogromny smutek i strach, co oczywiście nie umknęło żadnemu oglądającemu wystawie. Praktycznie wszyscy zatrzymywali się przy akurat tych zdjęciach i stali nieruchomo, wpatrując się w bijący od nich ból. Osobiście, widząc, jak skończyły te maluchy, przez chwilę nie mogłam się ruszyć. Po prostu wstrząsnął mną ten widok. Trzecie zdjęcie przedstawia ojca trzymającego zwłoki swojej córeczki.


Jeżeli chodzi o World Press Photo, to tyle, co chciałam wam przekazać. Naprawdę warto zobaczyć to na własne oczy, przeczytać historię fotografii i chwilę zastanowić się, czy tak naprawdę musi być. Czy na pewno nic nie da się zrobić dla ludzi.

❄️❄️❄️

A teraz coś weselszego. 


Mimo, że mikołajki już za nami, to Boże Narodzenie zbliża się wielkimi krokami. Z tej okazji postanowiłam, że wyślę jednej (bądź przy dobrych wiatrach dwóm) osobie kartkę świąteczną z życzeniami. Jeżeli ktoś chciałby takową otrzymać, to wystarczy wyrazić na to chęć w komentarzu, a jeżeli mój blog wydaje się interesujący, to można go także zaobserwować (co bardzo mnie uszczęśliwi), ale nie jest to żadnym obowiązkiem, bez którego nie macie szans na dostanie małego upominku świątecznego. 



Wasza A.




KTOŚ NOWY? LITTLE DAL CORAL

06:52

Raczej nie wspominałam, że kiedyś siedziałam w świecie lalek, prawda? Ano, raczej nie. W każdym razie jeszcze rok temu byłam szczęśliwą posiadaczką Dal Milch. Jednakże przez brak czasu i zapału do dalszego życia z lalką, postanowiłam ją sprzedać. Jakiś czas temu ogromnie zatęskniłam za fotografowaniem, kombinowaniem z ubrankami i planowaniem meet'ów (na które wybierałam się setki razy, a i tak nigdy się nie udawało, cóż). W tym celu zaczęłam poszukiwać nowego malucha. Miałam kilka okazji do kupienia pullip, jednakże z czasem zorientowałam się, że nie podobają mi się one tak bardzo, jak dal. Niestety (a może stety?) nie dysponowałam wystarczającą sumą pieniędzy, aby zdecydować się na zakup lalki normalnych rozmiarów, tak więc do wyboru pozostało mi tylko zdobycie którejś z little dal. I padło na Little Dal Coral


Nie będę tu narzekać na pocztę polską, ale wspomnę tylko, że słabo u nich z priorytetami i boję się, co by było, gdyby lala została wysłana ekonomicznym. Pewnie nigdy by nie doszła. Ale to mniejsza. 



Po powrocie ze szkoły pierwsze co zrobiłam, to sprawdziłam, czy nie czeka na mnie paczka. Jakaż wielka była moja radość, gdy przeczucia się sprawdziły. Momentalnie zniknęło całe zmęczenie, zastąpione ekscytacją i nutką niepokoju. Nigdy wcześniej nie miałam styczności z little dal czy pullip, tak więc nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Po odpakowaniu dobrze zabezpieczonej lali nie potrafiłam przestać się uśmiechać, a robiąc zdjęcia nie mogłam opanować trzęsącej się ręki. Jestem bardzo zadowolona z mojego wyboru. Wcześniej myślałam o poczekaniu, aż zdobyłabym sumę wystarczającą na zakup dużej dal, teraz jednak wiem, że dobrze zrobiłam, decydując się na malucha. Pracuje mi się z nią o wiele lepiej niż z normalnej wielkości lalkami. Mimo sztywnego ciałka (jak na razie nie mam możliwości kupna obitsu, tak więc dziewczynka musi pomęczyć się na stockowym "drewnie") pozuje bardzo dobrze, co jest wielkim zaskoczeniem. 



Podsumowując - Jestem przeogromnie szczęśliwa i zadowolona. Dodatkowo model bardzo przypadł mi do gustu, więc nawet nie myślę o zmienianiu jej makijażu. Jeżeli ktoś waha się nad kupnem Little Dal Coral, to z czystym sumieniem mogę ją polecić!
Co do imienia...przez dobre kilka dni zastanawiałam się nad nim, aż w końcu padło na Faith. Sądzę, że naprawdę do niej pasuje :-) 






 Stojak, dzięki któremu Faith stoi i ładnie się prezentuje

 Stockowe ubranie Little Dal Coral wygląda bajecznie!



Wasza A.

OPOLCON

03:30

Od piątku (18.11) aż do dzisiaj (20.11) trwać będzie Opolski konwent "Opolcon". Ludzie z różnych miast zjeżdżają się, by w nim uczestniczyć. Czy warto? 

Od razu muszę zaznaczyć, że był to mój pierwszy konwent, w którym miałam okazję wziąć udział. W poprzednich latach zawsze coś sprawiało, że nie mogłam się na niego udać. Tym razem w końcu pojechałam.


Na wejściu każdy po okazaniu dokumentu tożsamości i zgody rodzica (jeżeli nie miał ukończonych 18 lat) dostawał identyfikator i rozkład organizowanych konkursów, spotkań i zajęć. Już na starcie można było zauważyć natłok stoisk z przeróżnymi gadżetami, biżuterią i słodyczami. Oczywiście - decydując się na wzięcie udziału w konwencie, nastawiłam się, iż nie wyjdę, póki nie kupię chociażby jednej słodkości, które są tak bardzo wychwalane wśród fanatyków Azji. Muszę przyznać, że wyboru wielkiego nie było. Stwierdziłam, że nie opłaca mi się kupować ciasteczek, które od polskich różnią się jedynie nazwą i uroczym opakowaniem. Tak więc skusiłam się jedynie na kitkat'a o smaku zielonej herbaty oraz mangowy pudding (nie, nie mówię tutaj o japońskim komiksie, a o owocu - mango). Jeżeli mowa o batoniku - niezbyt mi smakował. Spodziewałam się czegoś lepszego. Pudding zaś mnie urzekł. Był bardzo smaczny i nie aż tak słodki, jak się tego domyślałam. Posmakował nie tylko mi, ale także mojemu bratu i mamie.


 

Poza słodyczami znaleźć można było także gry, przypinki, poduszki, koszulki, maski, plakaty, naklejki i wiele, wiele innych. Urzekło mnie sporo uroczych przytulanek, które niestety swoją ceną nie pozwalały mi na zabranie ich ze sobą do domu. Zadowoliłam się więc jedną z masek, które są dosyć znane pomiędzy fanami koreańskiego popu, a także uroczą przypinką z Totoro. 



Ogólnie organizację konwentu oceniam 6\10. Dużo ludzi i mało miejsca nie grają w jednej drużynie. Niektórzy z prowadzących\helperów byli momentami niemili, jak gdyby byli tam za karę, co nieco zniechęciło mnie do dalszego uczestniczenia w konwencie. Ogromnym plusem jest jednak uprzejmość i przyjazne nastawienie konwentowiczów. Gdy zdarzyło się, że ktoś mnie szturchnął, czy nawet przypadkowo pchnął, zaraz mnie przepraszano. Poznałam też kilku bardzo fajnych ludzi.

To wszystko co chciałam napisać wam o moich doświadczeniach i odczuciach związanych z konwentem.
Wasza A.



TEA BOOK TAG

04:37


Zdaje się, że nie wspominałam w moim powitalnym wpisie, o miłości, którą darzę wszelkie herbaty. Dzisiaj rano wpadłam na dosyć ciekawy TAG. Jak większość z nas wie - dobra książka + herbata, to po prostu niebo. A z racji tego, iż jestem miłośniczką obu tych rzeczy, grzechem byłoby ominąć TEA BOOK TAG.

Czarna herbata, czyli mój ulubiony klasyk

Przez dobre dziesięć minut zastanawiałam się nad odpowiedzią, przysięgam. Główkowałam niemiłosiernie, wciąż odrzucając nowe pomysły. W końcu zdenerwowana spojrzałam na mój regał i doznałam olśnienia. "Stowarzyszenie umarłych poetów" przyciągnęło mój wzrok jako pierwsze i moje uczucia do tej książki powróciły. Tak, Stowarzyszenie to zdecydowanie mój ulubiony klasyk.

Zielona herbata, czyli tak nudna, że przy jej czytaniu zasnęłam 

Może nie do końca zasnęłam, ale ta książka sprawiła, że wolałam uczestniczyć w najbardziej znienawidzonej przeze mnie lekcji, niż kontynuować czytanie. Mowa tu o "Kochani, dlaczego się poddaliście?". W moim odczuciu była to naprawdę nudna powieść. Cała historia zapisana została w formie listów kierowanych do zmarłych artystów, takich, jak Kurt Cobain czy Amy Winehouse. To zdaje się nie być aż takie złe, prawda? Niemniej jednak uderzyło we mnie niesamowicie duże podobieństwo do "The perks of being a wallflower", powstałego o wiele lat wcześniej. Może to tylko przypadek, a może autorka faktycznie wzorowała się na innej książce? Sądzę, że głownie przez to tak bardzo zanudziło mnie "Kochani, dlaczego się poddaliście?".

Czerwona herbata pu-ehr, czyli książka, w której bohaterowie ciągle się przemieszczają

Pierwszym, co przychodzi mi do głowy jest "Nigdziebądź". Historia tej książki opiera się głównie na ciągłej wędrówce, pokonywaniu wielu przeszkód i odkrywaniu tajemnic zapomnianego Londynu Pod. Osobiście, jestem wielką fanką twórczości Gaiman'a, który do tej pory nie zawiódł mnie żadną ze swoich powieści. "Nigdziebądź" jednak zalicza się do najlepszych, przeczytanych przeze mnie dzieł tego autora.

Herbata oolong, czyli książka, której poświęca się zbyt mało uwagi

Zdecydowanie są to "Wybrańcy" Kristin Cashore. Po pierwsze, jest to książka, po której nie spodziewałam się zbyt wiele. Kupiłam ją za marne grosze na stoisku, podczas mojego pobytu w Warszawie w któreś wakacje. Coś jednak ciągnęło mnie do szybkiego rozpoczęcia lektury. Po skończeniu miałam sporego "kaca książkowego". Dzień w dzień myślałam o przeżyciach bohaterów, a nawet zaczęłam pisać fanfiction, które zapewne jeszcze istnieje, gdzieś w odmętach mojego komputera. W każdym razie - książka ta jest na pewno za mało znana i zasługuje na rozgłos. Osobiście się w niej zakochałam i marzę o przeczytaniu drugiego tomu, którego za nic nie mogę jak na razie znaleźć.

Biała herbata, czyli książka niezasłużenie popularna

Po dłuższym namyśle stwierdziłam, że do tego opisu idealnie pasuje "Carrie". Było o niej dosyć głośno po wyjściu filmu na jej podstawie. Czytałam ją naprawdę długo, mimo, że ma ona zaledwie 200 stron, czyli tak naprawdę niewiele. Momentami jest ona naprawdę nudna, bądź też wydarzenia w niej zawarte są wyolbrzymione, niedopracowane. Oczywiście, to tylko moje zdanie.

Herbata yerba mate, czyli książka, przy której trzeba przebrnąć przez pierwsze rozdziały, aby akcja się rozwinęła

Zdecydowanie jest to "Więzień labiryntu". Przez pierwsze rozdziały praktycznie nic się nie dzieje. Poznajemy rutynę mieszkańców strefy, ich zasady i obyczaje. Dowiadujemy się różnych rzeczy, ale tak naprawdę wszystko zaczyna się do momentu, kiedy Thomas próbuje uratować Alby'ego i Minho.

Herbata ziołowa, czyli książka, którą czytano mi na dobranoc, gdy byłam dzieckiem 

I tu pojawia się problem. Nie kojarzę, aby rodzice, bądź starsze rodzeństwo czytało mi na dobranoc jakiekolwiek książki. Posiadaliśmy zamiast tego wiele kaset, z których odtwarzano mi muzykę, bądź jakieś bajki typu "Jaś i Małgosia".

Herbata owocowa, czyli moja ulubiona lekka książka

W tej kategorii wyznaczyłam aż dwie pozycje, ponieważ sama nie umiem zdecydować, która z nich bardziej pasuje do opisu "lekkiej książki". Jest to "The perks of being a wallflower" i "Simon oraz inni homo sapiens". Może tematyka obydwóch nie jest wcale łatwa i lekka, ale muszę przyznać, że obie bardzo szybko i miło mi się czytało. Jeżeli ktoś pragnie oderwania się od rzeczywistości i odprężenia, to polecam właśnie te dwie powieści.

Iced tea, czyli książka, która zmroziła mi krew w żyłach

No i tutaj nie mam wątpliwości. Jest to "Osobliwy dom Pani Peregrine". Ostatnimi czasy chyba jest na to spora "faza", przez wyjście filmu, czyż nie? Mi osobiście jeszcze nie udało się go obejrzeć, chociaż czekałam na niego ponad rok. To chyba przez "małą" zmianę, jaką wprowadzili między postaciami.
"Osobliwy dom Pai Peregrine" opowiada o dzieciach z niezwykłymi mocami. Jest to książka pełna zagadek, mrocznych tajemnic i niewiarygodnych wydarzeń. Momentami, czytając tę powieść autentycznie dostawałam gęsiej skórki.

🍵🍵🍵

NOMINACJA:

Nominuję wszystkich, którzy przeczytali ten post i spodobał im się tag. Bawcie się dobrze, przy pisaniu o waszych ulubionych, nudzących czy mrożących krew w żyłach książkach! 🍵

Wasza A.